Poród naturalny? Jeszcze raz poproszę!

dnia

 O ile zdjęcia, czy filmy z porodówki są dla mnie czymś bardzo osobistym, intymnym, czym można się podzielić, jeżeli tylko jest taka potrzeba, to wrażeniami z porodu wręcz trzeba. Szczególnie wtedy, kiedy są one inne od większości wrażeń, które słyszy się dookoła.

 Zwlekałam nieco ponad 2 miesiące z tym wpisem. Po pierwsze uczyłam się nowej sytuacji, uczyłam się córeczki i bycia mamą w tych pierwszych, najbardziej niezwykłych  i trudnych tygodniach „nowego życia”. Pomijając fakt, że tak wiele było do oswojenia, to hormony fundowały naprawdę ogromną huśtawkę. Od euforii, po lęki o maleństwo, jego przyszłość, jakieś skrajnie niebezpieczne sytuacje, po zwykły kontakt z innymi w obawie o choroby itp. Coś strasznego. Zamieniłam się w prawdziwą lwicę, która chroni tę bezbronną Istotę i często ostrzy zęby wybuchami żalu, złości, po ostrzenie głowy myślami pełnymi obaw. Czułam się naprawdę jak na innej planecie. Do tego stopnia, że po dwóch tygodniach po porodzie, kiedy pierwszy raz wyszłam sama z domu na zakupy, w aucie zostawiłam kluczyki. W stacyjce! Zorientowałam się dopiero po zakupach, z koszem pełnym zapasów na kolejny tydzień. By nie zwariować, od początku wyznawałam zasadę, że mąż jest tak samo ojcem, jak ja matką i że dziecko potrzebuje go tak samo jak mnie. Pomógł fakt, że od porodu przez kolejne 5 dni był z nami stale w szpitalu dzień i noc i widział cały ten chaos. A Zuzka też poczuła tatę w pierwszych chwilach życia. Bardzo zgrabnie udało nam się wspólnie w tym trwać i nie mam do tej pory poczucia, że któregoś dnia czy nocy wszystko było „na mojej głowie”. Ale nie było idealnie, bo przez hormony przeszkadzało mi wiele spraw zupełnie nieistotnych, irytowało niedosłyszenie, niezapamiętanie czegoś co zasugerowałam wcześniej. Wręcz oczekiwałam, by mąż słyszał w głowie każdą moją myśl i to najlepiej z wyprzedzeniem. Złość była ogromna, jego cierpliwość jeszcze bardziej, dlatego szybko wracałam do zdrowej świadomości i po prostu przepraszałam. Bo mi samej było z tym źle, ale liczyłam, że to minie. I minęło. O tych emocjach piszę po to, by pokazać co działo się w mojej głowie, jaka karuzela różnych emocji. Wszystko po to, byście zrozumieli, dlaczego nie pisałąm o porodzie w tym dziwnym hormonalnie stanie.

 Ta zwłoka nie zmienia faktu, że o tym poście nie myślałam. Zastanawiałam się, czy w ogóle ten temat poruszać. Ale zbyt dużo docierało z zewnątrz zwierzeń, które jeszcze przed ciążą mnie samą zniechęcały. Pojawiało się też wiele pytań o wrażenia. A te są naprawdę wyjątkowe.

 To nie jest tak, że od początku z odwagą i wielką chęcią podchodziłam do porodu naturalnego. Przez zwierzenia o wielkim bólu, o tym co porozrywało i gdzie, co przecinali, a co nie, zapomniałam o swoim przywiązaniu do Matki Natury i zaufaniu jej sile i mądrości. Twierdziłam i głośno deklarowałam, że chcę urodzić naturalnie, bo przecież moja mama urodziła tak aż 5 razy, to dlaczego ja mam nie dać rady. Ale gdzieś w duchu liczyłam, że będą wskazania do cesarskiego cięcia. Myśl o porodzie odbierała całkowitą radość z bezproblemowej i bezobjawowej ciąży od początku aż do 6. miesiąca. W październiku w głowie zaszła totalna transformacja.

 Moje podejście zmieniły jedne zajęcia na szkole rodzenia. Kiedy położna została zaatakowana pytaniami o te krwawe historie z porodówki, zatrzymała się w swoich rozważaniach i po chwili namysłu stwierdziła, że publicznie mówi się o tym porodzie tak straszne rzeczy. A ona podczas swojej wieloletniej pracy spotkała się z cudownymi reakcjami kobiet, które były dumne z tego ile zniosły i mówiły jej, że to wyjątkowy, przepiękny czas w ich życiu. I w tym momencie się wzruszyła żywymi łzami. Była w tym tak prawdziwa, że zaczęłam o tym inaczej myśleć, wręcz na to oczekiwać z wielką ciekawością i zaufaniem. Zaufaniem do Matki Natury, ale też do Najwyższego. Ostatnio wielokrotnie przywołuje się badania potwierdzające, że wiara bardzo pomaga w życiu i podczas porodu absolutnie się o tym przekonałam.

 Zajęcia na szkole rodzenia były przełomowe, a ja w pełni świadomie zaczęłam oczekiwać dnia rozwiązania. Aż nadszedł. W dniu terminu ok. 13.00 zaniepokoiła mnie jedna rzecz. Zadzwoniłam do swojej ginekolog i ta kazała jechać na izbę przyjęć, tym bardziej, że na ten dzień przypada termin. Mąż szybko po mnie przyjechał i po 14.00 byliśmy już w szpitalu. Po 15.00 zrobili mi KTG, niewiele się działo, czułam co jakiś czas delikatne skurcze i takie osłabienie jak w pierwszym dniu miesiączki. Pojawiło się jednak kilka nagłych przypadków i dopiero po 19.00 przyjął mnie lekarz. Zapadła decyzja, że kładą nas na porodówkę. I o 20.00 wylądowaliśmy w miejscu, w którym spędziliśmy ponad 26 godzin :). Skurcze porodowe zaczęły się ok. 2.00 w nocy, ale przed 6.00 ustały. Delikatne pojawiały się od ok. 8.00, ale były bardzo słabe. Przed 12.00 podano mi stopniowo oksytocynę po uprzedniej ocenie sytuacji i wtedy się zaczęło. Momentalnie zaczęły się „zwalające z nóg” skurcze. Każdy mocniejszy. Jednak nie było jeszcze sytuacji, która umożliwiała podanie znieczulenia. Musiały być 4 cm rozwarcia. I na to trzeba było w ogromnym, ale też ciekawym bólu czekać. Mąż pomógł mi dotrzeć pod prysznic i tam uśmierzałam bóle bardzo ciepłą wodą, siedząc na piłce i wdychając gaz rozweselający. Trwało to nieco ponad godzinę. Mąż był cały czas przy mnie. Ktoś musiał pomagać trzymać rękę, do której była podłączona kroplówka, dodatkowo była owinięta koszulą, także obecność drugiej osoby była tu bardzo przydatna. A i miło było porozmawiać i przez działanie gazu rozweselającego, pośmiać się przez łzy ciesząc z danej sytuacji, nie dowierzając, że to już się dzieje. Gaz na mnie działał cudownie. Czułam się jak na wakacjach w Porto po kilku lampkach ulubionego białego Porto. 🙂 Godzina minęła błyskawicznie. Położny po ocenie sytuacji  (tak w drugiej zmianie trafił nam się mężczyzna), który okazał się dobrym fachowcem, bardzo rozumiejącym kobietę w tym stanie, rozpoczął procedurę przygotowującą do znieczulenia. Byłam wręcz przekonana, że był kiedyś podłączony do symulatora porodu, naprawdę rozumiał mnie doskonale.

 Zanim podano mi znieczulenie musiałam jeszcze wytrzymać 2 potężne skurcze. A podać można to tylko między skurczami. Bolało bardzo, tak, że nie miałam siły pracować nad właściwym oddechem. Zaczęłam się trząść i bardzo płytko oddychać. Ale za każdym razem kiedy skurcz mijał, byłam zdumiona, że to już. I myślałam sobie: „Dobra, jeszcze kilka takich i będę tulić nasz Cud. Dam radę.”

 Po podaniu znieczulenia czekałam na kolejne ważne centymetry w łagodnym bólu, ucinałam nawet krótkie drzemki, bo to już była prawie doba na porodówce. Po 19.00 cudowny położny kończył zmianę i pojawiła się kolejna. W sumie mieliśmy 3 zmiany dyżurowe :). To też było ciekawe doświadczenie i tylko utwierdziło w przekonaniu, że przy kolejnym porodzie też nie będę zamawiać położnej. Każdy z zespołów, który nam się trafił był dobry. O 19.00 sytuacja zwiastowała skurcze parte. Była szansa, że do 20.00 urodzę. Ale „trochę” zmęczona poprosiłam o delikatną dokładkę znieczulenia. I to był błąd. Bo kiedy zaczęły się skurcze parte, czułam je delikatnie. By dziecko dobrze się ustawiło, praktycznie nie czując nóg, przy pomocy męża i położnej robiłam bardzo głębokie przysiady. Takiego wysiłku na zdrętwiałych nogach się nie spodziewałam i w życiu bym nie przypuszczała, że podołam. Minęła sądna godzina, maszyna pokazywała skurcze, z dzieckiem było ok, a ja nie potrafiłam przeć przez znieczulenie. Przyszedł położnik i już umawiali się, by wieźć mnie na cesarkę. Błagałam, by dali mi szansę urodzić, że dam radę, niech odetną zupełnie znieczulenie i urodzę, jak tylko cały czas z dzieckiem będzie dobrze. Odcięli znieczulenie i minęła kolejna godzina zanim całkowicie zeszło. No i się zaczęło. Skurcze parte miały zupełnie inny charakter od tych rozpierających. By poród był efektywny, trzeba wykorzystać 1 skurcz na 3 parcia. Wtedy to idzie bardzo szybko. I nie można się krępować, że zrobimy coś niestosownego i krępującego. Matka Natura tak to wymyśliła, że ucisk wychodzącej główki jest podobny do tego ucisku, kiedy jesteśmy dłużej w toalecie. I dzięki temu wiemy jak przeć. Nie można się krępować. Mi już po dwudziestu kilku godzinach brakowało sił i polowałam na kolejne skurcze. W sądnym momencie starczyło siły na 2 parcia i musiałam w większym bólu zaczekać na kolejny skurcz. Tętno dziecka zaczęło spadać, zatem położna zrobiła cięcie, którego wcześniej się bałam, a tu zupełnie nie czułam. I nadszedł ten najważniejszy skurcz. Raz, dwa, trzy i pojawiła się Zuzia. 🙂 Sam moment wyjścia główki, owszem boli, ale krótko, a reszta ciała, to uczucie jakby wylatywało stado chłodnych motyli, przyniosło to ogromną ulgę i uczucie niebywałej radości i Miłości. Wtedy już dzieciątko położyli mi na piersi i nadszedł czas na pierwsze ważne karmienie. W międzyczasie bez problemu pozbyłam się łożyska. Nie bolało zupełnie. Tak samo szycie.

 To co było dla mnie najcenniejsze podczas porodu, to obecność męża. Podziwiam go od zawsze za ogromną konsekwencję, siłę i za to, że sportowo jest tak sprawny. Zwracam na to uwagę, bo ja zawsze byłam najwolniejsza, niezdarna i bojąca się każdej przeszkody. I podczas tego porodu postanowiłam, że pokażę mu, że nie jestem taka słaba, że kiedy naprawdę trzeba to mam siłę. Po drugie, jak już wcześniej wspomniałam, pomogła wiara. Oddałam to w ręce Najwyższemu. Nastawiłam się z ufnością na to, że da mi tyle, ile będę w stanie znieść. A wszystko czego doświadczę, ofiaruję dziękując za to, co mamy. Każdy może mieć oczywiście inne motywacje. U nas sprawdziły się akurat te. Śmiałam się podczas porodu, że to chyba mój czyściec na ziemi, a zaraz później mówiłam, że jak cudownie, że jestem kobietą i mogę tego doświadczyć.

  Całość podsumowuje, jako wyjątkowe, wręcz wyzwalające przeżycie. To ogromny, ale zupełnie inny rodzaj bólu. Mam chociażby mocno unerwiony jeden ząb i jego leczenie, za każdym razem, pomimo znieczulenia, jest gorszym bólem do zniesienia. Czułam, że ból porodowy zwiastuje nasze upragnione dziecko i każdy skurcz do tego przybliża. Po porodzie pomimo ogromnego zmęczenia, czułam się wreszcie dopełniona jako kobieta.  Mogę śmiało powiedzieć, że dopiero poczułam się Kobietą. Nie twierdzę, że każda musi to przeżyć, by tak czuć,  ale na mnie podziałało to niebywale, pozbawiło wszelkich kompleksów. Dostałam ogromnej siły. I z perspektywy tych dwóch miesięcy mogę powiedzieć, że wreszcie jestem taka, jaką chciałam dawniej być. Silna, dzielna, zorganizowana, zdystansowana i wyjątkowo zmobilizowana na życie. Wiele osób ma tak i bez bycia rodzicami, ale ja z moim Hashimoto miałam naprawdę trudno. Przeszywający ból stawów z zimna spowodowanego słabym krążeniem i częste przewlekłe zmęczenie dawały siły tylko do pracy i rekreacyjnej aktywności sportowej. Na domowe obowiązki nie miałam często sił, bo to zmęczenie wolałam przesypiać w ciągu dnia. Teraz kryzysowe senne momenty szybko mijają i mam siły na działanie nie tylko dla Zuzi. Mąż dostał jakby lepszą wersję swojej żony.

 Często pytacie, jak wszystko się goiło. Trochę to trwało, trochę też bolało. Gdyby nie cięcie, na drugi dzień byłabym w bardzo komfortowej sytuacji. Tak musiały minąć 3-4 tygodnie, by nie było po tym śladu i dyskomfortu podczas siadania. A już teraz wszystko jest lepiej niż kiedykolwiek. Poza wagą, której jeszcze mam nieco ponad dychę do zrzucenia. Ale wszystko w swoim czasie. 😉 O wadze zrobię oddzielny wpis, bo to też zupełnie inaczej wyglądało niż się spodziewałam.

 Może dla wielu z Was ten wpis okaże się zbyt osobisty. Też sporo mnie kosztuje. Jednak robię to z myślą o tych, które podobnie jak ja, chcą urodzić naturalnie, ale mają wiele obaw.  I będę ogromnie szczęśliwa, jeżeli choć jedna kobieta, po przeczytaniu tego, otworzy się na naturalne rozwiązanie i wstrzyma się z cesarką na życzenie. Jak trzeba, to trzeba, wiadomo. Ale móc przeżyć poród naturalny, to,  poza bezcennym i wyjątkowym przeżyciem dla kobiety, bardzo dużo plusów dla dziecka. Warto pamiętać, że co nas spotka to garstka tego, co słyszy się i czyta dookoła. No i każdy poród jest inny, my jesteśmy inne. Jedna jest tak silna i samodzielna, że źle czułaby się z partnerem, a inna potrzebuje takiego wsparcia. Róbmy tak, jak czujemy. Znamy siebie najlepiej.  Gdyby mój poród był lekki i krótki, nawet nie próbowałabym się tak wymądrzać. Ale jednak te nieco ponad 26 godzin na porodówce, daje jakieś przyzwolenie na to wynurzenie. I nie bójcie się potencjalnie podobnych godzin. Czas tu przestaje istnieć. Wszystko dzieje się jak w jakimś śnie, czasem horrorze. Ale jest ciekawie i każdy kolejny etap sprawiał, że czułam się bardzo dumna, że daję radę. A Matka Natura wyposaża nas w taką mieszankę hormonalną, że wszystko jest do zniesienia z siłą jakiej się po sobie nie spodziewałyśmy. Jak ktoś pyta, czy bolało? Mówię owszem, ale jeszcze raz poproszę! Ponoć kolejne to już łatwizna ;).

Pozdrawiam ciepło,

A.

P.S A Tobie, kochany Mężu, będę dziękować do końca życia! ♥️♥️♥️

Zdjęcie główne: Fotosister

36 Komentarzy Dodaj własny

  1. Mm pisze:

    Piękny wpis❤
    Też chciałabym zaznać w życiu tej siły i mobilizacji do życia o której piszesz.
    Dużo miłości i szczescia❤

    Polubienie

    1. Anna Dec pisze:

      Wierzę, że tego doświadczysz 🙂 😘

      Polubienie

  2. Gosia pisze:

    Jakbym czytała opis swojego pierwszego porodu❤️ Tez jestem dumna ze dałam radę😉

    Polubienie

  3. Monika pisze:

    Aniu ja urodziłam Synka 26.12 i od tej pory podobnie jak Ty czuje się pełnowartościowa Kobieta. Podobnie jak Ty w pewnym momencie chęć urodzenia siłami natury stała się dla mnie celem do którego uparcie darzyłam mimo ze wielu nie wierzyło ze podołam. Podobnie jak Ty Aniu długo dochodziłam do siebie ale to chyba po to by zrozumieć jak wiele jesteśmy w stanie znieść. Oczywiście podobnie jak Ty zawdzięczam ogrom wsparcia i miłości mężowi. Wraz z upływem czasu coraz częściej myśle ze jeśli będzie mi dane podejmę to wyzwanie raz jeszcze. Wierz mi Aniu ze czytając Twojego posta wróciłam do tego co przeżywałam dokładnie 3 miesiące temu i za to Ci dziekuje❤️

    Polubienie

  4. Magdalena pisze:

    Muszę przyznać, że czytając Twój wpis poczułam się zaskoczona. Czytałam Twoje wrażenia o porodzie wcześniej na insta. O tym, że owszem bolało i czasami nawet bardzo, ale poród był wspaniałym doświadczeniem. Myślałam sobie wtedy, że jesteś silna, wytrzymała i na pewno, ale to na pewno wyjątkowo odporna na ból. Teraz czytam, że zawsze byłaś najwolniejsza i bojaźliwa. To dla mnie bardzo zaskakujące. To przede wszystkim nadzieja, że każda kobieta ma szanse żeby temu podołać.

    Polubienie

  5. Inga pisze:

    Wspaniale opisane ❤
    Och jak mi sie marzy taki mąż i piękna rodzinka 😌😍
    Życzę Wam Wszystkiego Dobrego w tym ważnym dla Was czasie 💕
    Niech Najwyższy ma Was w opiece ❤❤❤

    Polubienie

  6. Pani Aniu ! Jest pani bardzo dzielną i mądra mamą. Życzę całej rodzinie powodzenia i radości !!!

    Polubienie

  7. Ania M. pisze:

    Mam dwie córeczki. Młodsza urodziłam 3 miesiące temu. Przy pierwszym porodzie gdyby nie komplikacje i moja infekcja upieralabym się przy cesarce bo okropnie bałam się naturalnego porodu, ale los zdecydował za mnie i nie miałam wyjścia. Po 19h porodu urodziła się corcia-wczesniak 1400gram. Radość nie do opisania, ulga i ogromną wiara że będzie dobrze. Po 4h po porodzie wstałam i wrecz biegalam,chyba matczyna radość mnie uskrzydlają:) Drugie dziecko chciałam już urodzić naturalnie, ale po 12h porodu i żadnych postępów lekarze zdecydowali o CC. I mając porównanie odradzam cesarkę! Samopoczucie po niej jest okropne a rana to najmniejszy ból. Mnie osobiście bolał bok, nie mogłam wstawać swobodnie przez 3tygodnie po porodzie, ból był ogromny. Bolała klatka piersiowa, plecy, nie miałam sił nosić córeczki. Zdecydowanie wolę rodzić dobę niż tygodniami dochodzić do siebie w bólach i przy ograniczonych możliwościach :).
    Zdrowia i spokoju Wam Aniu życzę 🙂

    Polubienie

  8. KK pisze:

    Piękna historia z najważniejszej chwili w życiu. Wierzę, że refleksja nad tym, co tutaj jest napisane pozwoli niektórym kobietom innym okiem spojrzeć na poród naturalny. A przesłanie miłości, siły, oczekiwania i nieopisanego szczęścia, przyczyni się do tego, że niektóre kobiety poradzą sobie ze strachem przed porodem naturalnym. Nagroda za wysiłek kobiety jest wprost nieoceniona i warta każdej ceny 🙂

    Polubienie

  9. Mama Liwii ;) pisze:

    Czytam i czytam i nie wierze… jakbym czytała swój poród. Co prawda trwał on 11 godzin ale praktycznie przeżyłam to samo co Pani. Życzę dużo zdrówka dla całej rodziny!

    Polubienie

  10. Natalia pisze:

    Bardzo fajnie i szczerze napisane 😊
    Dużo szczęścia i zdrówka dla waszej trójki 😉

    Polubienie

  11. Paula pisze:

    Hej właśnie jestem miesiąc po drugim porodzie naturalnym i uwierz drugi to nie łatwizna 😉 Wręcz przeciwnie było dłużej i jakby mocniej bolało…No ale dałam radę i jest już z nami miesiąc moja kruszynka Julia 😍

    Polubienie

    1. Anna Dec pisze:

      Po tym, co było już wiele przyjmę. 😉

      Polubienie

  12. Kinga pisze:

    Za 10 tyg czeka mnie poród, bardzo się boję a nawet rzekłabym, bardzo jestem przerażona 😱 … też chcę urodzić naturalnie ale zobaczymy co mnie czeka 😊 … czytam o tym znieczuleniu i to nie jest takie proste jak się wydaje, u mnie w szpitalu to by mnie wyśmiali gdybym zapytała o możliwość znieczulenia! Mam urodzić i tyle ! Takie są realia w mniejszych miejscowościach, nieważny jest komfort psychiczny i fizyczny kobiety ! Dobrze, że miała pani to szczęście bo niektórzy go nie mają… pozdrawiam serdecznie !

    Polubienie

    1. Anna Dec pisze:

      I może wytrzymałabym bez znieczulenia, gdyby nie mocniejsze skurcze po oksytocynie. Ale tak widocznie miało być. Ponoć bez indukcji boli mniej ;).

      Polubienie

      1. eM pisze:

        Ja również rodziłam „po oksytocynie” ale bez znieczulenia. Zajęło to 11 godzin i zakończyło się vacum (większe cięcie) , niestety nie miałam już sił na „wypchnięcie” córeczki. Mimo to nie żałuje i cieszę się ze rodziłam naturalnie. Tak jak Pani napisała Matka Natura odpowiednio nas do tego wyposażyła, a widok tej maleńkiej istoty napełnia miłością jakiej wcześniej nie znałyśmy. Serdecznie pozdrawiam i brawo za wpis, oby zmienił nastawienie niejednej z nas.

        Polubienie

  13. Marta pisze:

    Piękne to opisałaś 🙂 Mialam bardzo podobne odczucia po porodzie, a trwał on zaledwie 3 godziny (jestem szczęściarą 🙂 rodziłam prawie 2 lata temu, ale wspomnienia wróciły ❤️

    Polubienie

  14. Podlasianka z Warszawy pisze:

    Czytam ten wpis i widze siebie. 16 stycznia 2018 urodzilam upragniona, wyczekana coreczke. Silami natury choc nie bylo to dla mnie oczywiste. Ja, nie wiedziec dlaczego – zwolenniczka „cesarki”, choc nie mialam o niej bladego pojecia. Po prostu. Nasluchalam sie drastycznych historii o porodach silami natury. Szkola rodzenia otworzyla mi oczy. I do dzis powtarzam, ze zajecia w niej powinny byc obowiazkowe dla kazdej kobiety rodzacej swoje pierwsze dziecko. Dzis z duma mowie – dalam rade. W 9 trudnych, niekiedy pelnych niepewnosci godzin. Ja niewierna sobie i swoim pokladom sil. Wszystko jest w glowie. I gdzies na gorze. Wierze, ze zostalo to dobrze obmyslone. Doswiadczenie zyciowe. Trudne ale i piekne.
    Aniu, dziekuje za ten wpis. Czytam Twojego bloga i Insta. Fajna z Ciebie dziewczyna. Serdecznosci dla Ciebie i Twojej rodziny 🙂

    Polubienie

    1. Anna Dec pisze:

      👊🏼🙌🏼♥️

      Polubienie

  15. Iwona pisze:

    Pani Aniu czytając wpis to jakbym przeżywała mój ostatni trzeci poród mojej Oleńki.Pierwszy poród Wojtusia wiele pytań, gonitwa myśli i strach 😱 mnie patalizowal a poród Wiktora to bylo pięknie pamiętam to że byłam spokojna i starałam się słuchać swojego ciała i położnej oczywiście. Dzieciaki to najpiękniejszy dar jaki dostajemy od Boga i z mężem często dziękujemy za to że są zdrowi to najważniejsze. Pozdrawiam i uwielbiam Panią

    Polubienie

  16. KAROLINA D pisze:

    BARDZO potrzebny wpis. Dziękuje Pani Aniu !! super sprawa ! jeśli choć jedna kobieta odłoży decyzję o cesarce na żądanie to już SUKCES! Ja moją córcię ( ZUZIĘ) też 7 lat temu urodziłam naturalnie i jestem z tego mega dumna choć u mnie to było tylko 8 godzin. Mąż był przy mnie cały czas. Gdy zobaczyliśmy Zuzię to płakaliśmy oboje ze szczęścia.Najpiękniejsza , najcudowniejsza chwila w naszym życiu ! wszystkiego dobrego dla Pani i Pani Rodzinki.

    Polubienie

  17. Ag pisze:

    Dziękuję za ten wpis. Miło dla odmiany przeczytać tekst o porodzie naturalnym podnoszący na duchu 🌸🌸🌸

    Polubienie

  18. A. pisze:

    Przepiękny wpis. Jestem w 16 tygodniu i boję się porodu strasznie. Takie wyznania dodają sił. Pozdrawiam serdecznie!

    Polubienie

  19. Aneta pisze:

    Ale świetnie to Pani opisała 🙂 Ja miesiąc temu rodziłam naturalnie i moje odczucia są bardzo podobne do Pani 🙂 miałam to szczęście że mój poród trwał 4,5 godz ( był to pierwszy poród ) ale również po nim czuje się w
    100 % kobietą o wiele silniejszą niż wcześniej .
    Pozdrawiam serdecznie
    Aneta

    Polubienie

  20. Anna pisze:

    Sama rodze za 3 tyg, i sie rozplakalam jak czytalam Twoja relacje 🙂 cudowna!

    Polubienie

    1. Anna Dec pisze:

      Powodzenia!!!:)

      Polubienie

  21. Inka pisze:

    Piękne słowa i takie prawdziwe, pierwszy poród 13 h ciężko było, a drugi 9 mcy temu 6 h i rewelacja😄 mogłabym jeszcze…

    Polubienie

    1. Anna Dec pisze:

      👏🏻👏🏻👏🏻♥️♥️♥️

      Polubienie

  22. Magda pisze:

    Cudowny wpis z ktorym mogę się utożsamiać. Jakbym czytała moją historię😊. Sama urodziłam córkę 3 tygodnie temu wiec temat ciąży, porodu, pierwszych dni z malenstwem jest ciągle we mnie.
    Cudowne przeżycia nawet jeśli opatrzone bólem.
    Życzę samych cudowności.

    Polubienie

  23. Ania pisze:

    lepiej Aniu nie mogłaś tego opisać :)mam dwóch synów !jeden poród to cesarka ,drugi naturalny 🙂 –
    moje marzenie 🙂 ! bardzo bolało ale warto ! i również dziękuję mojemu kochanemu mężusiowi ♡♡♡♡♡♡♡

    Polubienie

  24. Anna pisze:

    Jestem w 30 tygodniu ciąży. Mam również obawy tak jak Ty dlatego dziękuję Ci za ten wpis.. ❤

    Polubienie

    1. Anna Dec pisze:

      Powodzenia!!! Będzie dobrze jakby nie było 😉

      Polubienie

  25. izabela pisze:

    Pani Anno gratulacje . nie pierwsze z mojej strony
    drugą córcię rodziłam godzinę co wprawiło w szok dosłownie mego meza i lekarza na porodowce. tyle ze moja druga ciąża zdecydowanie byla trudniejsza a szyjka bardzo obniżona
    mantry , medytacja i wiara ze bedzie dobrze doprowadziły mnie do szczesliwego rozwiążania.
    istota tez tkwi w zmianie ktora sie w nas dokonuje gdy na swiecie pojawia sie dziecko. zyjemy kazdym jego oddechem usmiechem spojrzeniem . kochamy bardziej niz moglismy sobie wyobrazac rodzicieska milosc
    pozdrawiam serdecznie

    Polubienie

    1. Anna Dec pisze:

      Dokładnie tak! Moje gratulacje również!

      Polubienie

  26. Maria pisze:

    Ale ciekawy wpis!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s